Trener Zielińskiego: wzruszenie było niewiarygodne

Źródło: PAP/msk

Pochodzący z Mroczy Adrian Zieliński został w Londynie mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów w kategorii 85 kg. Jego trener klubowy Jerzy Śliwiński wspomina, że kiedy po wywiadach wrócili do hotelu, po prostu popłakał się.

Adrian Zieliński nie zawiódł w Londynie i zdobył złoto (fot. Getty Images) Adrian Zieliński nie zawiódł w Londynie i zdobył złoto (fot. Getty Images)

Po powrocie do Polski opowiedział o tym, co czuł, kiedy jego podopieczny zdobywał olimpijskie złoto.

PAP: – Jesteśmy w Londynie, rozpoczyna się konkurs. Jakie towarzyszyły Panu emocje?
Jerzy Śliwiński:
– Ogromne, ale trener musi zachować spokój, czasami nawet większy niż sam zawodnik. Trzeba dać mu poczucie, że wszystko idzie zgodnie z planem. Adrian podczas startu był wyjątkowo spokojny zarówno na zapleczu, na rozgrzewce, jak i w najważniejszym momencie na pomoście.

Jak trener pomaga zawodnikowi, który stojąc sam na pomoście musi dźwignąć założony ciężar?
To niełatwe. Moim zadaniem jest go dobrze nastawić, odpowiednio rozgrzać, podpowiedzieć coś, ale wychodząc na pomost, zawodnik zostaje rzeczywiście zupełnie sam z ogromnym ciężarem, z bardzo fajną i liczną publicznością, której na co dzień w Polsce nie ma.

Jak reaguje trener, gdy jego zawodnikowi nie zaliczają pierwszej próby na tak ważnych zawodach?
– Dobre pytanie, rzadko ktoś o to pyta. To momenty bardzo trudne, podobnie jak w ostatniej próbie, w której Adrian musiał dźwignąć 211 kilogramów. Trudność polegała na tym, że te niezaliczone 206 kg trzeba było podrzucić próba po próbie w zaledwie dwie minuty. To ogromny wysiłek dla zawodnika. Gdyby wszystko poszło gładko - choć i tak skończyło się cudownie - wtedy myślę, że Adrian był w stanie podrzucić więcej. Rywale byli bardzo groźni, ale gdyby wyszła ta pierwsza próba, Adrian byłby poza zasięgiem.

– Czy start na igrzyskach można do czegoś porównać?
– Często słyszy się, że igrzyska to takie same zawody jak każde inne. To nieprawda, bo z tyłu głowy jest zawsze myśl, że te zawody odbywają się raz na cztery lata i rządzą się swoimi prawami.

– Po konkursie ktoś wyjątkowy gratulował Wam zdobycia złota.
– Początkowo tego nie wiedziałem, ale na sali był złoty medalista z Monachium w 1972 roku Zygmunt Smalcerz, obecnie trener reprezentacji USA. Znamy się dobrze, jesteśmy na ”ty”. Zygmunt przyszedł do nas, wyściskaliśmy się, potem uściskał się z Adrianem, a na drugi dzień wspólnie oglądaliśmy zmagania Tomka. Po 40 latach to ogromny sukces polskich ciężarów.

– Jakie to uczucie być trenerem mistrza?
– Niektórzy mówią, że trzeba to przeżyć, żeby opisać. Jednak prawda jest taka, że opisać się tego nie da. To, co się działo w Londynie, to było szaleństwo.

– Igrzyska zakończyły sezon ciężarowców. Jak po tak intensywnym wysiłku wygląda ich odpoczynek?
– Po sezonie najbardziej trzeba zadbać o zdrowie. Prawdopodobnie będą dwa obozy lecznicze. Zrobimy szereg badań, by zobaczyć, w jakim stanie są organizmy zawodników, stawy, układ kostny i mięśniowy. Jeżeli będą jakieś problemy, trzeba będzie poddać się odpowiednim zabiegom. Zdarza się, że czasami ciężarowcy między sezonami trafiają na stół operacyjny, ale na szczęście Adrian i Tomek na nic nie narzekają. Nie odnieśli żadnej kontuzji, więc mam nadzieję, że pozostanie im odpoczynek i regeneracja.

– Adrian jest już mistrzem, ale czy można jeszcze coś poprawić w jego technice?
– Ktoś pięknie kiedyś powiedział, że uczymy się przez całe życie. To nie jest tak, że jak jest się już mistrzem, to można spocząć na laurach, bo wszystko od tej pory będzie już samo przychodziło. Trzeba nadal ciężko pracować, bo błędy mogą wkraść się w technikę w każdej chwili. Ważny jest każdy element, zarówno fizyczny, jak i psychiczny.

– Proszę jeszcze powiedzieć, jaka była Pana pierwsza reakcja, kiedy na tablicy wyników pojawiła się informacja, że Adrian ma złoto?
Rzuciliśmy się na siebie, krzyczeliśmy, wręcz darliśmy się. Chyba nie było widać w telewizji, ale z radości rzuciłem się na podłogę. Gdy Adrian stał na podium, wzruszenie i emocje były wprost niewiarygodne, ale wytrzymałem i nie płakałem. Gdy wróciliśmy po kilku godzinach do pokoi, wziąłem prysznic, położyłem się na łóżku i mimo że jestem starym chłopem, trenerem z prawie 20-letnim stażem, po prostu się poryczałem.